RSS
 

Bieszczady kwiecień 2012r. (463 km)

13 maj

Dziwne to uczucie jechać ponownie przez Bieszczady rowerem jednak tym razem widzieć widoki : ). Poprzedni wypad to była walka cało dniowa z ulewami. Teraz kiedy człowiek wspinał się na jakąś przełęcz i obejrzał się za siebie to wiedział dlaczego warto się tak męczyć. Naprawdę pozytywnie! Po dłuższym planowaniu wyklarowała się na Biesy ekipa sześcioosobowa, a więc było z kim pić.. tzn pedałować :P

 Wszystko zaczęło się od tego, że padł mój aparat jeszcze przed wyjazdem. Początkowo bardzo się wkurzyłem, bo tym razem miałem plan nagrać wszystko fajnie w HD i zrobić jakiś miły materiał do oglądania. Obecnie wspominając nie które przygody jestem przekonany, że oglądało by się z zapartym tchem. Szczególnie nocną przeprawę przez Słowację. Później jednak dotarło do mnie coś ciekawego, co warto było przerobić w sobie na przyszłość. Otóż ta chęć fotografowania wszystkiego, rejestrowania i pokazywania tego innym. Nie mając aparatu, a będąc w jakimś magicznym miejscu, należało patrzeć i odczuwać z jeszcze większą świadomością i uwagą. To bardzo pozytywne doświadczenie na tyle dla mnie osobiste, że pociągnąłem je dalej nie biorąc aparatu w Beskid Wyspowy chcąc wszystkie magiczne chwile zachować tylko dla siebie.

Maciek miał swój aparat więc trochę zdjęć jest, które wrzucam.

Wracając do naszej ekipy w składzie: Ja, Zem, Bowel, Maciek, Adi, Przemek, to powiem, że było ciekawie.
Przemek ostatni raz na rowerze siedział prawie rok temu, nie mając żadnego doświadczenia długo dystansowego, a Adi to mega downhillowiec świetnie znający sprawę, ale nie koniecznie na długie dystanse. Bowela, Zema i Maćka znacie już doskonale z mojego bloga. W takim o to składzie ruszyliśmy jak to zwykle bywa z poślizgiem 28 kwietnia w sobotę.

TRASA POGLĄDOWA:

Trasa rowerowa 1564209 – powered by Bikemap

 

Dzień 1

Dystans: 71 km

          Po nocnej integracji ludziska zjechali się na miejsce startu jakoś wyjątkowo leniwie. Zem z Adim jeszcze montowali bagażnik, a ja z Przemkiem staliśmy już gotowi do drogi. W nocy upychałem wszystko do sakw jak leci, tak więc nie miałem przekonania czy mam wszystko pod ręką nie mniej jednak ta wyprawa miała byś wyjątkowa. Mianowicie miałem mieć wszystko w tyle i po prostu delektować się podróżą bez spinek i tak też było idąc często na ustępstwa których nie lubię jak jest jakiś inny dobry plan. Żeby było zabawnie jechaliśmy bez map co zaowocowało sporymi zmianami już na starcie.
          Zamiast dojechać do Jeziora Klimkowskiego na pierwszy nocleg wylądowaliśmy w Krempnej spaleni słońcem. Jeszcze jakoś to można było by teoretycznie odkręcić, ale miejscowi po drodze za Chiny Ludowe i pół Ameryki nie wiedzieli co to w ogóle jest to jezioro Klimkowskie. Zmiana w trasie polegała na tym, że spaliśmy pierwszego dnia niedaleko miejsca gdzie miał być drugi nocleg po odcinku na Słowacji. Nikt nie chciał ciągnąć dalej trasy lekko się wracając tak więc zostaliśmy w Krempnej na noc. Jest tam wymarzone miejsce do biwakowania. Prowizoryczne zasieki broniły nas przed dziką zwierzyną, z jednej strony fosa w postaci rzeki Wisłoki, a z drugiej wystrzelone wysoko zbocze porośnięte drzewami, wejścia zaś bacznie strzegły pochylone drzewa. Noc przebiegła spokojnie. Po malutkim melanżu i ciut większej „dyskotece” każdy padł jak mucha. No może oprócz Zema, który przez pół nocy szukał poduszki mamrocząc pod nosem: „No to mam pospane… k*** gdzie ta poduszka”. Rechocząc obudziłem Przemka i zalani łzami ze śmiechu padliśmy nawet nie wiem kiedy.

 

podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże

Dzień 2

Dystans: 105 km
          Wyciągam kartkę i piszę…
„Polsko, ach Polsko, gdzie jesteś…”
Mieliśmy nadzieję, że dzisiejszy nocleg spędzimy po naszej stronie, ale jest 22:00 i raczej nie dojedziemy widząc kolejną parę świecących oczu w zaroślach. Palota… tu przyjdzie nam umrzeć…
          Tak na prawdę dzisiaj kawa ma zupełnie inny smak. Siedzę z Zemem na huśtawce paląc papierosa i wpatrując się w gwiazdy. W oddali słychać głośne śpiewy i muzykę z obozu cygańskiego. Może napiszę jak tu się znaleźliśmy:
Otóż nie mogłem sobie po zmianie planów mimo wszystko odpuścić Słowacji i powiedziałem, że jadę cofając się kawał drogi choćby nie wiem co. Dołączył się do mnie Zem, a cała reszta ruszyła Polską stroną do Łupkowa, gdzie teoretycznie mieliśmy spotkać się na kolejny nocleg. Jednego żeśmy nie wzięli pod uwagę… pogody. Wiało tak strasznie, że pierwsze 20km jechaliśmy 8km/h z górki pedałując 12km/h. Ja na swoim rowerze wiozłem cały swój ekwipunek plus Przemka tak więc przy podjazdach podmuchy wiatru bezlitośnie zrzucały mnie z siodła. Nagrodą dla nas był zjazd do Nižnej Polianki podczas którego można było delektować się widokiem o bardzo szerokiej panoramie.
          Po sześćdziesięciu kilometrach przestało wiać nam w oczy. Żywioł wyssał z nas energię, ale jechaliśmy dalej na czuja nie mając oczywiście ze sobą mapy. W miejscowości Svidnik zaczęliśmy pytać o drogę bo zaczęło się robić późno, a do Radoszyc gdzie chcieliśmy przekroczyć granicę wydawało się jeszcze daleko. Po kilku przygodach z szukaniem drogi dotarliśmy do miejscowości Medzilaborce już o zmroku. Kolejne dziesięć kilometrów jechaliśmy wzdłuż lasów bieszczadzkich po stronie Słowackiej mając trochę duszę na ramieniu widząc kolejne świecące oczy w krzakach. Nagle coś trzasnęło przy lesie, a zaraz potem usłyszałem odgłos biegnących łap po polanie w naszą stronę. Wrzuciłem piąty bieg informując Zema: „Spie**** coś nas goni!”. Początkowo nie załapał chyba myśląc, że sobie jaja robię, ale jak tylko oprzytomniał to ścignął mnie jakbym stał w miejscu. Pół kilometra dalej wróciliśmy do starego tempa. Tak czy siak dojechawszy do Palota poprosiliśmy o możliwość rozbicia się na ogrodzie u starszego małżeństwa. Gospodarze bardzo się ucieszyli mając gości i od razu zaproponowali nam „kawu” oraz pozwolili skorzystać z łazienki. Dlatego napisałem, że dzisiaj kawa smakuje inaczej. Rozmawialiśmy późną nocą przy stole w kuchni blisko dwie godziny, a potem padliśmy w namiocie. Cały dzień przejechaliśmy na jednym batonie…
Z tego dnia wrzucam zdjęcia odcinka, którym jechali chłopaki bo jak wcześniej pisałem my nie mieliśmy aparatu ze sobą.

 

podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże

Dzień 3

Dystans: 77 km
          Gospodarze punktualnie wyszli z domu o 6:00 tak jak się umawialiśmy uciszając podekscytowane gośćmi psy. Od razu zaprosili nas do środka częstując „kawu” oraz pysznym chlebem maczanym w jajecznicy. Tego nam trzeba było – jajka z rana! Spakowawszy cały ekwipunek pożegnaliśmy się z gościnną miejscowością i od razu uderzyliśmy na przełęcz lasami chcąc dotrzeć do tunelu kolejowego, którym mieliśmy przeprawić się na Polską stronę do Nowego Łupkowa, gdzie czekała na nas reszta ekipy.

Tunel wybudowany został w 1870r. i ma 416 metrów długości z czego 234 leży na terenie Słowacji. Najwyżej położony punkt tunelu u jego podstawy znajduje się przy wlocie od strony Polski na wysokości 627 m.n.p.m. Tunel niszczony był i odbudowywany co chwilę przez partyzantów, Niemców i Rosjan. Jeśli kiedyś będziesz w okolicy Nowego Łupkowa to na prawdę warto poświęcić chwilę żeby tam dotrzeć. Zem wchodził do tunelu z grymasem na twarzy po tym jak przyznałem się głośno, że gdybym był niedźwiedziem to na pewno chciałbym się w taki upalny dzień tam schować. Po środku tunelu oddałem się małej fletowej improwizacji nie mogąc być obojętnym na tunelową akustykę.

          Po spotkaniu się już z całą zgrają pojechaliśmy do Cisnej. Minęło już tyle czasu, a ja wciąż jestem zaskoczony za każdym razem tą bieganiną tłumu w Cisnej. To nie jest miejsce dla normalnych ludzi. Tam się przyjeżdża autem zjeść kotleta, kupić dziecku miecz świetlny i potraktowac to jako wczasy w Bieszczadach. Dalej powędrowaliśmy do Wetliny. Tutaj większość chyba miała dość. Ja na pewno – psychicznie – widząc na drodze korki.  Nie mniej jednak obrażony na to miejsce powiedziałem, że ja tu spać nie będę. Patrząc na wytyranego Adiego nie miałem trochę serca gnać ekipy dalej, ale przejechanie jeszcze osiemnastu kilometrów ratowało również dzień następny skracając dystans. Ruszyliśmy więc dalej. Adi nabrał wigoru „Ja nie jebnę osiemnastki?!”. Jednego nie mogę odżałować tylko. Mieliśmy możliwość doświadczyć czegoś co mogło być „numer jeden” przez wiele lat – przespać się na Wyżniańskim Wierchu i oglądać z tamtąd gwiazdy całą noc. Widok z tego punktu jest po prostu przepiękny! Nie mniej jednak nie udało nam się z Adim przegłosować pomysłu. Chwilę później zjeżdżając z długiej przełęczy byliśmy już w Ustrzykach Górnych – kolejnym bieszczadzkim mrowisku.

 

podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże

Dzień 4

Dystans: 75 km
           Szybkie śniadanko i jedziemy w stronę niebieskiego szlaku rowerowego wzdłuż rzeki San. Wyjeżdżając znowu spotkaliśmy dwóch rowerzystów z Bielska z przyczepką. Zamieniłem kilka słów życząc udanej wyprawy. Koło Zatwarnicy oczywiście trochę pobłądziliśmy. Mi to się zdarza zawsze jak jestem w tym miejscu. Morale troszeczkę spadły bo lampa z nieba była masakryczna i paliła nas jak krewetki na patelni. Plus jeżdżenia w grupie jest taki, że zawsze ktoś coś powie śmiesznego i znowu się chce smażyć bo jest z kim. Na szlaku rowerowym spotkaliśmy parkę sakwiarzy, którzy jechali w przeciwnym kierunku. Podłączyłem się do nich na chwilę, aby trochę porozmawiać. Tylko dwa spotkania z wyprawowymi rowerzystami przez kilka dni to na prawdę dziwnie słaby wynik. Ten szlak rowerowy jest bardzo sympatyczny. Dojeżdżamy w końcu po jakiś 20 kilometrach do asfaltu i chlapiemy się trochę w Sanie. Kolejny etap to przeprawa przez kupę podjazdów aż do Hoczwi, gdzie mieliśmy spać u znajomej na ogrodzie.

Podjazd do Polańczyka jest morderczy w taki upał, ale daliśmy radę. W Polańczyku po czekaniu pół godzinnym w kolejce kupiłem wodę i bułkę na dalszą drogę. Cały sklep wybuchł śmiechem bo moje skromne zamówienie znacznie kontrastowało z dwu kartkowym zamówieniem mojej poprzedniczki. Od razu posypały się oferty różnych produktów od współkolejkowiczów!  W Hoczwi byliśmy koło godziny osiemnastej.  Czuło się już dom nosem, bo ja kolejnego dnia jechałem bezpośrednio 135km do Pilzna, a chłopaki dzielili odcinek na dwa dni chcąc jeszcze odwiedzić rodzinę po drodze. Wieczorem lekko podchmieleni zrobiliśmy z Adim teatrzyk cieni, który opisywał nasze dzielne przygody w Bieszczadach dzień po dniu. Było kupę zabawy po czym każdy padł w swoim namiocie.

podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże
podróże

Dzień 5

Dystans: 135 km

6:00 pobódka. Dzisiaj mam tylko jeden cel: dojechać do Pilzna. Po drodze nie za bardzo jest co zwiedzać więc skupiam się tylko na przetrwaniu kolejnego dnia pedałowania w skwarze słońca i ewentualną ucieczką przed nieuniknioną burzą. Spakowany i pozytywnie nastawiony wyruszyłem o 7:00. Namiot zostawiłem Przemkowi i trochę gratów, a więc jedzie się po prostu wyśmienicie lekko w porównaniu do poprzednich dni podczas których wiozłem nasze graty razem. Siedzę na przystanku autobusowym i tak się zastanawiam skąd we mnie dzisiaj takie siły drzemią. Dystans pokonuję błyskawicznie. Za 19 km jest Jasło, a potem tylko 35 km i jestem w domu. Bez jakiś większych przygód do Pilzna dojeżdżam o 14:30. Chwilę później rozszalała się burza, ale ja już siedzę w domu myśląc o następnym dniu w którym wyruszam rowerem w Beskid Wyspowy.

 

Napisany w Słowacja, wyprawy

 

Tags: , , , , , , , , , , , , , , , ,

  • http://www.facebook.com/people/Maciej-Zasadzki/100001003744007 Maciej Zasadzki

    kolejny wypad stawiam na beskid a potem tatry

  • Grzechu D

    Fajna wyprawa ;)

  • http://www.facebook.com/people/Łukasz-Urjasz/100001876028082 Łukasz Urjasz

    pogoda się Wam udała kozacka :)